platforma blogowa portalu gazeta lubuska

Gradobicie dekady, czyli Borek na urlopie

Przez cały urlop pogodę miałam przeważnie do bani. A to dlatego, że Borek też miał urlop.

 Poważnie! Zależność jest ścisła. I historycznie udowodniona ostatnimi laty. 

Mamy już nawet znajomych, którzy nigdy nie biorą urlopu w tym samym czasie, co Borek. I nie chodzi o to, że wtedy pada deszcz czy jest mało przyjemna temperatura.

O nie, Boras czaruje aurę z dużo większym rozmachem. Otóż przez Polskę, właśnie w okresach jego urlopu, przechodziły min.: niespotykana wcześniej u nas trąba powietrzna, powódź stulecia, gradobicie dekady, najzimniejsze wakacje półwiecza, burze ćwierćwiecza itd.

- No cóż, powiedziałbym, że coś w tym jest… – przyznaje się Borek.

To dlatego od razu po powrocie ze wspólnych wakacji musiałam pognać do solarium…

Nic nie będzie ojca ograniczać

- Mamo, ja się źle psychicznie czuję, że nie mam tych sukienek – oznajmiła Malinka. I ruszyła machina. Ojciec stwierdził, że dziecko nie może się stresować na wakacjach i w związku z tym on spędzie te cztery godziny w aucie i dowiezie swojej wnuczce brakujące elementy garderoby.

Jak powiedział, tak zrobił – pojechał nad morze z sukienkami dla Malinki.

Tyle że zapomniał sukienek…

- Nie będzie mnie taka drobnostka ograniczać! – stwierdził ojciec. – Wezmę Malinkę do sklepu i kupię jej coś na miejscu. Trochę będzie mnie to kosztować, ale radość dziecka jest bezcenna!

Nie umiem pakować (dzieci)

Jak co roku moja mama pognała sama z dzieciakami nad morze. I jak co roku dowiedziałam, się, że nie umiem pakować dzieci.

- Mam pretensje do siebie, że nie sprawdziłam ich walizek przed wyjazdem – tradycyjnie oznajmiła matka, gdy tylko dotarła nad morze, dopadła zawartości toreb, a potem telefonu.

- Mam tylko jedną sukienkę! – wyła Malinka. – W czym ja tu będę chodziła? Przyślij mu pocztą sukienki albo niech je tata przywiezie natychmiast.

- Malinka jest w szoku – raportowała matka. – Jak można dziewczyneczce latem nie dać sukienek?!!!

- Babcia ma rację, że beznadziejnie nas spakowałaś – wtórował jej Andrzejek. – Powiedź mi, o czym myśli matka, która pakuje syna nad morze, a zapomina dać mu kąpielówki?!!!

Nie wiem, o czym myśli. Pewnie o tym, że w końcu: wyśpi się rano; pójdzie wieczorem na piwo i wróci o trzeciej nad ranem, nie będzie prać tony brudnych rzeczy i tak dalej. Byłoby jeszcze piękniej, gdyby Boras gdzieś jeszcze wyjechał…

Cieszę się więc okrojoną (Boras) wolnością, ale już trochę tęsknię. Malinka miała rację, gdy wyjeżdżając oznajmiła: – Biedni jesteście, że nas nie będzie. Ale będziecie się nudzić!

Gdy Malinka będzie duża

Dwa tygodnie temu kupowałam Andrzejowi mnóstwo ciuchów i w nagrodę dostaliśmy bon na 20 proc. tej kwoty. Akurat tyle, że spokojnie starczyłoby na jakąś sukienkę.

- Oczywiście dla mnie! – zarządziła Malinka. A ponieważ pamięć ma świetną, przypomniała mi o tym bonie w niedzielę. To poszłyśmy na zakupy.

Natychmiast po wejściu do sklepu, Malinka zapomniała, że umówiłyśmy się na jedną sukienkę. Słownie: jedną.

- A nie na cztery – pouczyłam M., gdy podeszła do mnie z czterema wieszakami.

- Ale ta jest granatowa, ta szara, ta z kokardami, a ta dżinsowa do ziemi. Jak mam wybrać jedną, skoro każda jest inna? – marudziła Malinka. Metodą prób i przymiarek (dokonywanych na środku sklepu, bo chodzić do przebieralni szkoda było M. tracić czasu), ostały się dwie sukienki. Wygrała ta, która bardziej się kręciła. I była dłuższa. Bo Malinka konsekwentnie chowa nogi, co by męża nie znaleźć.

- Jak tata mnie zobaczy w tej sukience, to on oszaleje z zachwytu! A babcia? Babcia będzie w siódmym niebie – mówiła sama do siebie Malinka. Do mnie odezwała się raz. Pytając, czy tę drugą sukienkę, tę niebieską też kiedyś kupimy?

- Na przykład jak już będę bardzo duża? Kupimy?

Królewna bez mini

Oszaleję. Malinka całą zimę marudziła, że chce chodzić w spódniczkach. Ale koniecznie na gołe nogi, co było oczywiście niemożliwe. 

 Jak tylko zrobiło się więc ciepło, to kupiłam M. ze trzy spódniczki. W tym wymarzoną dżinsową, taką z kwiecistymi falbankami. Malinka jeszcze przed tygodniem wyciągała ją z szafy. Marząc, co to będzie, jak ją w końcu nałoży.

Gdy więc przyszły upały, wyciągnęłam spódniczkę z szafy.

I usłyszałam od M.: – Ja jej nie założę! A już na pewno nie na gołe nogi!!! Ja chcę sukienkę.

Problem jednak w tym, że z wszystkich kilkunastu sukienek w szafie, Malince podobają się zaledwie trzy. Uznania nie znajdują takie wyszywane, wiązane na szyi oraz zbyt krótkie.

- Bo ja nie chcę pokazywać nóg – mówi całkiem poważnie M.

Dlaczego? Bo Malinka nie chce mieć… męża.

Nie wytłumaczę, jaki jest ścisły związek między zamążpójściem a mini, ale Malinka go widzi. I to bardzo wyraźnie.

Więcej, Malinka mini łączy się też z posiadaniem dzieci w przyszłość, których Malinka też mieć nie chce.

- Bo ja będę całe życie żyła z rodzicami w tym domu – tłumaczy M., Andrzejkowi. – Ja będę jak Śpiąca Królewna. Tyle że nikomu nie pozwolę się pocałować, bo i tak umrę dopiero za 100 lat!

Rosół z tasaczkiem

 

Stał się cud. Malinka zachorowała.

- Trzeba ugotować rosół – zarządził ojciec. – Bo rosół jest dobry na wszystko.

- Dla ciebie rosół jest dobry na wszystko, bo to jest jedyna zupa, jaką znałeś zanim cię poznałam – prychnęła matka. – To u mnie w domu zobaczyłeś, jak zupa jarzynowa wygląda. I jak krupnik wygląda.

Zrobiło się tak interesująco, że natychmiast zadzwoniłam do ciotki z pytaniem, czy to prawda z tą jarzynową i krupnikiem.

- Ciotka śpi, ale prawda. Sam pamiętam, że tak było – zaświadczył wujek. – Ale podobnie było w małżeństwie twojego dziadka Witolda. Tyle że on nie znał z kolei rosołu z kołdunami i za nic nie chciał go jeść. To któregoś dnia babcia postawiła talerz zupy na stole i zeszła do piwnicy po siekierę. Powiedziała, że stół porąbie, jak dziadek tych kołdunów nie zje.

- Nie po siekierę, tylko po tasaczek zeszła!!!! Malutki tasaczek, co ledwie by coś tam porąbał – obudziła się natychmiast ciotka Małgola. – I efekt tego był taki, że twój dziadek do końca życia po prostu uwielbiał kołduny. Na twojego ojca siekiery już nie trzeba było wyciągać, bo bardziej ugodowy był pod względem kulinarnym, chociaż też w innej kulturze żywieniowej chowany…

Sto lat Andrzejka

 

„Zodiakalny Byczek trzy razy się zastanowi, czy mu się opłaca, zanim zgłosi się w szkole do odpowiedzi. Nie da się podpuścić kolegom, sprowokować do bijatyki. Bo mu się to nie „kalkuluje”. To główne słowo w jego słowniku. Mnożenie i dodawanie to dla niego najważniejsze matematyczne działania. Oddają istotę tego, co jest według niego w życiu najważniejsze – dostatnie życie. Byk nie kończy jednak na marzeniach, ale z całych sił dąży do tego, by stały się one rzeczywistością. Jest staranny, dokładny i zawzięty na te dziedziny wiedzy, które mogą mu przynieść pieniądze. Nie lubi robić nic dla poklasku i za darmo, dlatego nie licz, że pomoże klasie w wykonaniu czynu społecznego. Od małego kocha liczyć kasę i napełniać kolejne skarbonki. Świetnie zna wartość pieniądza i uwielbia dyskutować o wysokości zarobków rodziców. Rozmowy najchętniej toczy przy stole, bo Byczek to niesamowity łakomczuch. Kolejną jego pasją jest sprawdzanie, na co może sobie pozwolić z rodzicami. Jednak nad bunt, ucieczki i łamanie reguł, Byczek przedkłada spokojny sen, dobre jedzenie i wygodną kanapę”.

 Ten opis z horoskopu „GL” wypisz wymaluj pasuje do Andrzejka.

Wczoraj miał urodziny.

100 lat nasz mały Byczku.

Falubaz wg Malinki

Przysięgam, wolałabym siedzieć za tym słupem przy Wrocławskiej niż oglądać żużel w domu z Malinką.

Na początku musiałam jej wytłumaczyć, dlaczego raz nasi jeżdżą w kaskach niebieskim i czerwonym, a innym razem w białym i żółtym.

Zrozumiała.

- Czyli teraz ci w białym i żółtym to wrogowie? – upewniła się M.

- Tak. To znaczy nie. To zawodnicy z Gorzowa Wielkopolskiego.

- A dlaczego z Gorzowa?

- Bo tak się nazywa to miasto.

Malinka z zainteresowaniem obejrzała pierwsze cztery biegi.

Stwierdziła: żółty i biały będzie zawsze wygrywal, bo się lepiej ciska w tej piaskownicy.

- To nie piaskownica a tor – pouczyłam ją.

- Wygląda jak moja piaskownica – prychnęła. I dawaj analizować na cały głos, czy jak tata wróci z meczu, to pójdzie z nią do prawdziwej piaskownicy.

- Pójdzie, pójdzie – rzuciłam, bo chciałam mieć chwilę spokoju.

Kurczę, i zaczęło się. Musiałam co chwilę mówić Malince, ile to jeszcze biegów zostało do końca spotkania.

- Pięć – rzuciłam bez liczenia.

- Pokaż na placach, ile to jest pięć- zażądała Malinka.

Ja pokazywałam, a tam nasi zwyciężali, o czym dowiadywałam się po fakcie, bo wciąż musiałam albo liczyć, albo ściągać Malinkę ze swoich pleców, albo całować, bo się “bardzo, bardzo mocno udrzyła w paluszek”.

Pięć wyścigów później Malinka już bez żadnego skrępowania wyła, że chce powrotu taty.

- Cicho bądź, on gdzieś tam siedzi na widowni. Przypatruj się, czy go nie zobaczysz!

- Patrzę, patrzę i taty nie widzę – zapłakała Malinka. – Pewnie do toalety poszedł…

Przysięga na majtki

- Przysięgnij, że dziewczynki też noszą takie coś! – zażądała Malinka, wskazując na majtki bokserki.

- Noszą – uroczyście powiedziałam.

- I niech sobie noszą. Ja czegoś takiego chłopskiego na pewno nie nałożę!

Wiosna jak księgowa

Dziadkowie w sobotę zabrali Malinkę na zakupy. Wróciła z nowymi kaloszami i sandałkami.

Oczywiste jest, że w tych okolcznościach przyrody, jakie mamy za oknem, Malinka uparła się na chodzenie w sandałkach.

- Mogę, moge je nałożyć? – jęczy codziennie. Dziś rano też.

-  Nie możesz, bo jeszcze nie jest lato.

- A co jest, jesień?

 - Nie, wiosna. Ale brzydalowata taka. Raz  ciepło, raz zimno, a innym razem bardzo zimno.

- A, jak księgowa – pokiwała głową Malinka.

- Dlaczego jak księgowowa?

- Bo zmienna taka…